Szybciej na Marsa niż do pracy

Stara myśl głosi, że szybciej nam docierać na księżyc (lub na Marsa), aniżeli do pracy. W moim przypadku jak na razie się to sprawdza. Ponad dwie godziny dziennie z życiorysu wykluczone mam na dojazdy. Istnieje kilka rozwiązań, które mogłyby zaradzić temu problemowi.

  • Wydłużenie doby o godziny, które tracimy na dojazdach (problematyka może być różnorodna) – ja się pytam się – dlaczego by nie wprowadzić ilości godzin na dobę naliczanych indywidualnie. I tak już każdy ma swój własny zegar biologiczny. Pewnie na ulicy słyszałoby się dwóch młodych ludzi prowadzących rozmowę typu: – Stary ile masz dzisiaj doby? – z ciekawością pyta pierwszy, – W korku stałem dzisiaj przez cały dzień, także nadwyżkę godzin postaram się umiejętnie zapić – odpowiada grzecznie drugi.
  • Maszyna teleportująca. Na rozwinięcie tego wynalazku daję 20-25 lat. Kurde czy po pięćdziesiątce przyda mi się to na coś jeszcze?!
  • Likwidacja potrzeby dojeżdżania gdziekolwiek – zwłaszcza do pracy. To rozwiązanie spodobałoby się większości nas. Mało realne, ale pomarzyć zawsze warto.
  • Niczym się nie przejmować, zwłaszcza straconym czasem. To chyba najbardziej optymalne rozwiązanie na jakie można byłby wpaść w dzisiejszych realiach (chyba że macie jakiś inny pomysł). Zalecam w tym przypadku powtarzanie, mantrowanie zdania. Czas mi dany jest wystarczający! Oczywiście można dodać tutaj element religijny, czy opisowy i w tym przypadku zdanie takie brzmiałoby mniej więcej tak: Boże, mam wystarczającą ilość czasu na (…) np. marmolenie o dojazdach 😉