Przygoda

Wenezolano w Poznańskiej Kooperatywie

W marcu tego roku, w Poznańskiej Kooperatywie, odbyła się prezentacja o Wenezueli. Mimo tego, że występ oceniam dość krytycznie, cieszę się że miał miejsce. Frekwencja była bardzo niska, co w początkowej fazie bardzo mnie zasmuciło, jednakże nie przeszkodziło w wydarzeniu. Najważniejsze osoby wzięły w nim udział. Szczególnie cieszy mnie, obecność w niej moich dzieciaków. Na tyle zainteresowałem ich opowieścią o Wenezueli, że po spotkaniu usłyszałem mnóstwo dodatkowych pytań dotyczących tego kraju. Zapadła również deklaracja, że musimy tam w przyszłości zamieszkać.

Zapraszam do obejrzenia! Co prawda ciągnie się jak wenezuelski tasiemiec, ale po kilku szklankach rumu można dotrwać do końca 🙂

Prezentację dedykuję wszystkim Wenezuelczykom, którzy muszą dzielnie znosić sytuację jaka obecnie panuje w ich pięknym kraju. Mam nadzieję, że wkrótce wszystko zakończy się dobrze i że Wenezuela jak za dawnych lat, będzie mogła poszczycić się najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.

We dnie i w nocy wszystko mi sprzyja

Władysławowo

Jestem ponownie. Pewnie myśleliście, że się ulotniłem i niedane będzie Wam wysłuchać historii do końca (ta władza mi się podoba).
Ci, którzy znają mnie dobrze, chyba przyznają mi rację, że najzwyczajniej w świecie, na długich wyprawach samochodowych prześladuje mnie pech. Pech samochodowy! Bardzo nietypowy rodzaj pecha, który atakuje znienacka. Budzi straszne zamieszanie – zwłaszcza w moim umyśle. Umyśle, którego jedynym pragnieniem jest dowieść całą rodzinę do domu. To jest mój życiowy cel. Niestety pech znowu wypiął na mnie swój śmierdzący tyłek i po raz kolejny musiałem go zwalczać gołemi rękami. Bleee! Ale jak to zwykle bywa, swój początek rozpocznę od początku 🙂

Kiedy już samochód gotowy był do drogi – tzn., kiedy wreszcie mogłem włożyć kluczyki do stacyjki (po akcji z zatrzaśnięciem ich w bagażniku, o której możesz przeczytać tutaj*), nowy problem pojawił się nagle i zasmucił me serce błyskawicznie.
Przekręciłem kluczyki. Silnik zaczął pracować. Lekko przygazowałem, kiedy nagle usłyszałem znajome charczenie. Podobne słyszałem niecałe 3 lata temu, kiedy to wróciliśmy ze Słowenii. Wtedy to, chciałem kontynuować swoje wakacje, lecz niestety zmuszony zostałem je przerwać ze względu na maglownicę. Wszyscy z Was, którzy nie wiedzą jak wygląda samochodowa maglownica pewnie wyobrażają sobie taką maglownicę, która kiedyś stała na strychach i wykorzystywana była do maglowania pościeli. Moja babcia miała kiedyś taką dużą, w całości wykonaną z drewna. Prawdziwe cudo. Dzisiaj gdybym miał taką maglownicę to pewnie zrobiłbym z niej prawdziwe dzieło sztuki – świetnie odnalazłaby się chociażby, jako barek na napoje wyskokowe.

(więcej…)

Wyprawa nad morze, której ostatnia faza powrotu była najbardziej wykańczającym wydarzeniem tego roku

Piszę tego posta, wierząc że kontakt z klawiaturą pozwoli mi się odrobinę uspokoić. Wydarzenia kilku godzin wstecz, jak również bardzo mocna kawa, red bull, ogromny stres i świeża dawka adrenaliny wstrzykiwanej co chwila, nie pozwalają mi iść od razu spać. Ból głowy przejdzie jak ustanie zmęczenie. Do tego wystarczy sen. Wydarzenia wspomniane powyżej dotyczą naszego dzisiejszego – a raczej wczorajszego, powrotu z wakacji. Oczywiście urlop kilkudniowy był wspaniały, no ale jak to w dobrych filmach bywa, najlepsza akcja na samym końcu (łyk ciepłego rumianku).

Moim zdaniem, interesujące byłoby opisać całe wakacje (jak to było zeszłego roku chociażby – próba wyprawy do Amsterdamu). Ale nie starczyłoby na to i czasu i sił. Obiecuję to zrobić w niedalekiej przyszłości. Żeby jednak przejść do meritum, muszę zacząć od krótkiego wstępu, który swoimi wydarzeniami poprzedził wspomnianą końcówkę wyjazdu.

Dosyć mieliśmy trójmiejskich i puckich plaż. Zawsze coś w nich było nie tak. No ale z sinicami i zakazami kompieli nie wygrasz. Postanowiliśmy błyskawicznie nasz dzienny rozkład przygód pozmieniać. Czemu by się nie wybrać na Półwysep Helski – de hel oł je? Gdzie może nas dowieść z Rewy jedna godzina? Do?  Do? No właśnie, do Chałup!

(więcej…)

Spotkanie z nieznajomymi na Szelągu

Plaża na Szelągu – fot. Mr Photo Limited

Owo wydarzenie o którym tutaj wspomnę miało miejsce w zeszły czwartek. Dla wszystkich tych którzy mieliby się później czepiać, sprostuję, iż był to już właściwie piątek. Idąc spacerkiem o 3 nad ranem (a może to była czwarta? – w każdym razie było już widno), byłem świadkiem niecodziennego zjawiska. Wcześniej jednak spotkałem na mieście dobrego ziomala. Mecz z Portugalczykami był poniekąd pretekstem do spotkania. Mecz niestety przegrany, ale pozytywne newsy zupełnie nam wspomnianą przegraną zrekompensowały. Celebracji nie było końca, dlatego nie zaprzeczam, że wydarzenie o którym wspomniałem na samym początku, może być zarówno najprawdziwszym z prawdziwych albo też może być wytworem mojej jakże wybujałej wyobraźni.

Maszerując Wartostradą, wybitnie zagłuszałem wszystkie ptoszki. Pomagał mi w tym ostatni album Marina and the Diamonts*, który od jakiegoś czasu zajmuje pierwsze miejsce na mojej personalnej liście przebojów. Jak  zwykle o tej porze roku, postanowiłem przywitać się z cieciem, który odpowiedzialny był za ochronę kontenerów na Plaży Szelągowskiej. Podszedłem bliżej i zamiast stróża, spotkałem dwie panie i jednego faceta, którzy siedzieli sobie wygodnie w koszach plażowych. Każda z tych młodych osób piła wino. Czysta ciekawość pozwoliła mi podejść i zagadnąć. Coś mi podpowiadało, że cała trójka jest sobie znana. Nie zostałem odrzucony przez grupę, ale swoją obecność musiałem odkupić zaspakajaniem ciekawości nieznajomych.

(więcej…)

Alternator – komplikator, czyli krótka opowieść o tym jak nie dojechaliśmy do Amsterdamu! (2/2)

Plaża Szeląg - widok na Wartę (przed wschodem słońca)Plaża Szeląg – widok na Wartę (przed wschodem słońca)

Jesteście gotowi na dalszą jazdę? Dla tych, którzy nie wiedzą o jaką jazdę chodzi, zapraszam do przeczytania pierwszej części opowieści. Być może wielu z Was zdążyło nawet dowiedzieć się co to jest ten alternator (nie mylić z terminator).

Pozwolę sobie na osobiste wyjaśnienie tego pojęcia: alternator. W zapisie socjo – egzystencjalnym alternator mógłby oznaczać moje alter-ego, które w kontekście rajdu do Amsterdamu wystarczyłoby zmienić z alter-na-tor na alter-nie-na-tor po to żeby spełnił należycie swoją funkcję, czyli drastyczną zmianę planów. Z tym mi się to teraz kojarzy ten alternator. Ale przejdźmy do sedna.

A więc kontynuujemy jazdę do Amsterdamu. Przejechaliśmy już granicę PL-DE i zmierzamy do Hanoveru bo tam nakarmimy Charlsa zimniuteńkim LPG.

Po naszym małym incydencie opisanym w pierwszym odcinku, postanowiliśmy zaczynać podróż od nowa. Zapominamy o maleńkim defekcie, który jak za sprawą czarodziejskiej różdżki sam się naprawił. Zaczynamy trasę od nowa – w tym miejscu startujemy od zerowego kilometra. Myślimy pozytywnie, ewentualne niedogodności bierzemy jako ryzyko wpisane w nasze życie.

(więcej…)

Pleaze – assistanze me, czyli krótka opowieść o tym jak nie dojechaliśmy do Amsterdamu! (1/2)

Nadleśnictwo Babki - pole i las

Nadleśnictwo Babki

Jest sobota, krótko przed piątą po południu. Siedzimy sobie na Plaży na Szelągu. Jakby ktoś nie wiedział to jest to działająca od tego sezonu plaża miejska w Poznaniu. Nigdy tutaj nie przychodziliśmy, bo zawsze obawialiśmy się tłumów. Z czystego lenistwa i braku jakichkolwiek alternatyw wybraliśmy tą opcję. No i okazało się że mieliśmy prawie całą plażę dla siebie. Dodać należy, że wczorajsza sobota była najcieplejszym dniem w całym Anno Domini 2015. Temperatura co prawda nie przekroczyła czterdziestki, ale rtęciowy słupek niemalże muskał ją po stópkach.

Wczorajszy dzień potwierdza następującą tezę: nigdy nie wiesz jak Twój dzień się zakończy! To tak samo jak człowiek przez całe życie mówi, że nie będzie pracował w pewnych miejscach i zawodach – a i tak się sprawdzi (w moim przypadku to: restauracja, call center i produkcja).

Cel ogólny wakacji – Amsterdam – nie osiągnięty!

(więcej…)

Pasja życia – Jacek Pałkiewicz

Pasja Życia - Jacek Pałkiewicz

Pasja Życia – Jacek Pałkiewicz

Gdybyście mieli ochotę podróżować, odwiedzić miejsca, w których rzadko zdarza się zaglądać nawet największym globtroterom, to śmiało możecie to zrobić zagłębiając się w lekturę Jacka Pałkiewicza.
Najlepszą jak dla mnie metodą czytania tej książki, to codziennie jeden rozdział. Dzięki temu każdego dnia, jestem w innym zakątku świata, skaczę z jednego kontynentu na drugi, jestem to w zimnym, to znów w gorącym klimacie. Wszędzie jest naprawdę wyjątkowo, a to za sprawą daru opisywania rzeczy jakie widzi Pałkiewicz. Jeszcze lepsze są jego przygody, zapierające dech w piersiach przeżycia z naturą oraz człowiekiem. To barwne porównania, które przybliżają nam wyobrażenia świata jakim jest naprawdę.

(więcej…)

Colonia Tovar – niemiecka oaza w Wenezueli

Colonia Tovar - Wenezuela

Colonia Tovar

Wcześnie rano wybraliśmy się na wyprawę do miejscowości Colonia Tovar położonej 60km na zachód od Caracas. Górska droga wraz z licznymi zakrętami i przepięknymi widokami nie pozwalała nam się nudzić. Najpierw wstąpiliśmy do miejscowości El Junquito znanej z jazdy konnej, cachapas (coś ala naleśniki z mąki kukurydzianej-mniam) podawane najczęściej z serem oraz wieprzowina podawana w przeróżnej postaci np. chicharon – pieczona skóra świni. Na pytanie czy mam ochotę na chicharon odpowiedziałem twierdząco dlatego, że skojarzyło mi się to z rumem (wyraz rum wypowiada się rom).

(więcej…)

Caracas – El Valle

El Valle - Barrio - dzielnica miasta Caracas

El Valle – Barrio (Caracas)

Dzisiaj odwiedzamy dawną znajomą Mane, która mieszka w południowej części CaracasEl Valle. Zaraz po opuszczeniu stacji metra mamy przed sobą jedną z najruchliwszych dzielnic Wenezueli. Ruch tutaj jest wszędzie: na ulicach, chodnikach, w sklepach – dosłownie miasto żyje. Wokoło otaczają nas dzwięki klaksonów, ludzie prowadzą ze sobą ożywione dyskusje, straganiarze przekrzykują oferty: – Melones por dos mil! Manzanillas aqui!

Jednak pierwsze co rzuca się w oczy to gęsta zabudowa maleńkich domków. Tego typu terytorium skupione na wzgórzach Caracas (i nie tylko) nazywa się barrio. Zamieszkuje ją mniej bogatsza część Wenezuelczyków. Nie miałem okazji przechadzać się po barrio bo ponoć nawet w dzień jest tam niebezpiecznie – zwłaszcza jeśli wyglą się jak turysta. Jeżeli już ktoś miałby zamiar się tam wybrac to tylko z osobą, która dane barrio zamieszkuje, a jeszcze lepiej jeżeli się tam urodziła.

(więcej…)

WP Radio
WP Radio
OFFLINE LIVE